Somewhere over the rainbow...
No dobra. Na wstępie – żyjemy i mamy się dobrze. Udało się, aż za bardzo. Wróćmy się jednak trochę w czasie... Zanim się cofniemy: Wszystkie zdjęcia z tej notatki zostały zrobione telefonem. Wybaczcie brak jakości, ale żywcem nie miałam jak wyjąć lustrzanki z bagażu podręcznego bo raz, że ów bagaż był tak wypchany, że po otwarciu by wybuchnął, a dwa, że samolot był pełniusieńki i żywcem nie dało się dopchać. Wróćmy jednak do tematu. Ostatnie dni przed wylotem były dla Nas kompletnym chaosem . Napychaliśmy auto rzeczami, by przewieźć je do Wadowic, a potem, jak ledwo co dojechaliśmy (myślałam, że odpadną nam koła, albo zawieszenie, czy cokolwiek tam jest), wnosiliśmy wszystkie graty przez jakieś dwie godziny. Potem pojechaliśmy drugi raz do Krakowa i z powrotem, bo okazało się, że zapomnieliśmy miliona rzeczy... W dniu wylotu wstałam przed 7 myśląc, że jeśli wstanę wcześniej, będę mieć więcej czasu na wszystko. JASNE, NO OCZYWIŚCIE, ŻE TAK. Byłoby fajnie, gdyby raz coś posz...