Posty

Preludium.

Obraz
Pięć lat temu ktoś pokazał mi film, który nieodwracalnie zmienił moje życie. Żadne couchingi, filozofie, wykłady motywacyjne – nic z tych rzeczy. Ktoś chciał opowiedzieć mi o muzyce. To miał być film, który pokaże mi zespół, ludzi, kulturę. Nigdzie nie był dostępny, więc gdy wreszcie go dorwałam, czułam się, jakbym w totka wygrała. Obejrzałam i coś się zmieniło. Coś się popsuło i wszystko było nie tak. Świat wokół wydawał się dziwny. W głowie pomysły na nowe zdjęcia piętrzyły się tak, że nie mogłam spać po nocach, bo nie potrafiłam wyłączyć mózgu. Nie sypiałam, albo budziłam się z krzykiem. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja naprawdę pochodzę z Polski. Pamiętam ból i niemoc, bo od tamtej pory miałam ogromne marzenie, ale było równie nierealne, co lot na księżyc. No, chyba że miałabym tatusia na szczycie korpo, a mamusię w sejmie, ale nie miałam ani tego ani tego, dzięki Bogu z resztą. To bolało. Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają, może nie, ale tylko one były w stanie ukoić mój bó...

Idziecie ze mną na klifa? Chodźcie, śmiało.

Obraz
Postanowiłam, że muszę spiąć poślady i pokazać Wam zdjęcia z jaskiniowej góry tak szybko, jak to możliwe. Podróż Życia za pasem, więc potem przez sto lat, o ile cokolwiek po tym czasie będzie istnieć, należy spodziewać się zdjęć i surowych emocji wyłącznie stamtąd. Skorzystawszy z czasu, odrobiny energii i inspiracji, postanowiłam tutaj Wam trochę popaplać i pokazać to, co niedawno sama widziałam na własne oczy. Zaczęło się od tego, że obejrzałam siedmiominutowy teledysk Iggy'ego Popa TYLKO po to, by zobaczyć, czy nakręcili kilka zdjęć z jego chwilowym gitarzystą. Poza okrutnie popychanym (sic!) wiekiem ciałem Popa, na które nie jestem w stanie patrzeć, mój rudowłosy anioł pojawił się w kilku przelotnych momentach. ( A teraz czytam to, co tu napisałam i wyję na całą twarz ze stwierdzenia „rudowłosy anioł” jestem psychiczna) W jakiś dziwny sposób ładnie nakręcony, choć nie porywający teledysk sprawił, że otworzyła mi się głowa i mózg zaczął rozkwitać. Lubię używać tego okr...

Pół roku później.

Obraz
280 nieodczytanych wiadomości w jednej skrzynce, 148 w drugiej. Wiadomości na last.fm, fejsbuku (tak, nie odczytuję na bieżąco), setki wydarzeń muzycznych, które mnie ominęły (nowy Radiohead, niech to szlag), setki wiadomości ze świata, których generalnie i tak nie czytam, po 30 aktualizacji na telefonie i tablecie. Wszystko odhaczam mechanicznie. Zasuwam rolety w oknach, wyłączam odbiorniki. Nie wracam do rzeczywistości. Pierdolę, nie wracam. Nie ma takiej opcji. Byliśmy w Polsce pierwszy raz od sześciu miesięcy, a ja nawet nie wiem, od czego mam Wam tutaj zacząć. Od tego, że na większość rzeczy brakło mi czasu? Czy od tego, że to cholernie niesprawiedliwe, że czas leci tak szybko? Ledwo wsiadłam do samolotu, a już byłam w drodze powrotnej na lotnisko. No jasne, warto o tym wspomnieć przecież. Lecimy spokojnie, podziwiam pierwszy raz w życiu zachód Słońca od drugiej strony chmur, aż tu nagle wszystko zaczyna migać, a potem gaśnie. Gwałtownie się zniżamy i wpadamy w ciemność. ...

Piętnaście w Słońcu, dziewięćdziesiątka Elżuni i inne rewelacje

Obraz
Podchodzę do napisania nowego posta po raz czterdziesty piąty. Przyjmyijmy margines błędu - mogłam się pomylić o jakieś dwadzieścia razy. Odkąd przyjęłam sobię strategię regularnego pisania, straciłam do tego werwę. Kompletnie. Jakby ktoś spuścił ze mnie powietrze jak ze starej, zużytej dętki i wywalił do kosza. Z reguły im bardziej jestem przyciskana terminem lub czymś ważnym, tym częściej uciekam w rzeczy zgoła inne. Błąd, moja droga. Sama zniechęciłam się do działania. Musicie mi zatem bardzo wybaczyć, że piszę tak rzadko. Chcę częściej, popracuję nad tym, ale sami widzicie, że nie ma ze mną łatwo. Ale w porządku - idzie się przyzwyczaić. W dniu dzisiejszym królowa Elżbieta obchodzi swoje 90. urodziny. Poinformowała mnie o tym wspaniała, starsza pani, przypadkowo spotkana w centrum. Stwierdziłam - a czemu by czegoś nie napisać? Nie muszę się przecież zmuszać - to może być przyjemność. Ostatni post kosztował mnie bardzo dużo przygotowania, zresztą mam tak chyba z każdym, bo albo m...

O ironio - Wesołego Alleluja.

Obraz
Nienawidzę historii. Powie Wam to każdy. Moja Przyjaciółka, która wiecznie mi podpowiadała na sprawdzianach, koledzy i koleżanki z klas, moi rodzice i moja nauczycielka z liceum, która zauważywszy, że nawet nie chce mi się jej słuchać, zaczęła wywoływać mnie co lekcję na środek i wstawiać jedynki, bo nigdy nic nie umiałam. Jako urodzony buntownik, nic się nie zmieniało – za każdym razem dostawałam banię i pod koniec roku uzbierało się naprawdę sporo. Nie chciałam, by mój przyjazd do Belfastu był sposobem na tymczasowe życie, albo na większy zarobek. Zaróbmy górę szmalu i zawijajmy się do Polski – nie, to nie miało być tak. Od początku liczyłam, że zostaniemy tu na więcej niż rok, więc nie chciałam być szarą myszką. Chciałam poznać tych ludzi, ich kulturę, styl, wspomnienia. Czyż to nie jest piękne, że pomimo iż jesteśmy tak samo zbudowani (mamy mięśnie i kości, większość z nas ma 4 kończyny, ścięgna, niektórzy mają mózgi), w każdym kraju jest zupełnie inaczej. Inne jedzenie, o...

Holywood 15 minut pociągiem od domu - serio?

Obraz
Cześć! Dziś zbyt dużo paplać nie będziemy. Opowiem Wam tylko o tym, jak wielką i wredną jestem świnią. Tytułowo możecie się co prawda sugerować, że piszę do Was z zakątków Hollywood, dzielnicy spełniania marzeń, spotykania celebrytów i szampana, ale niestety Was rozczaruję - nie zamierzam, jak na razie, wyprowadzać się z Belfastu. Więc jak to możliwe być na dwóch cholernych kontynentach jednocześnie?  A co do tego, że jestem świnią... bo od tego nie ucieknę. Pobawmy się w małych chłopków w fartuchach, którzy liczą. Nie robią nic, tylko liczą. Spójrzmy zatem w te liczby. W Holywood byłam 29 września ubiegłego roku, co daje nam 151 dni ściemniania Wam, że już niedługo wstawię super zdjęcia z super miejsca. 151 dni z kolei daje nam 3624 godziny ściemniania Wam, że już zaraz, dosłownie za sekundę zobaczycie piękne, Holywoodzkie kadry. 3624 godziny robienia Was w balona, butelkę i co tylko zechcecie . Możecie mnie bić, wysyłać mi listem poleconym pogróżki pisane wycinanymi z g...

Rodzynka w oceanie testosteronu... czyli jak nie zwariować w pracy pełnej facetów.

Obraz
Ci z Was, którzy nadal z niecierpliwości czekają na zdjęcia z magicznego Holywood, będą msueli chyba zorganizować na mnie obławę, dziś bowiem napiszę o czymś innym, niemniej jednak ważnym. Od dwóch tygodni moje życie w pracy trochę się pozmieniało.  Dostałam zaszczyt (tak, u nas się o to zabijają) pracy podczas cmentarnej szychty (cmentarna szychta to nocna zmiana – przyp. mój). Jest to zaszczyt, bo: a) Zarabiasz sporo więcej b) Osoby takie, jak ja (czyt. chore na poranne wstawanie, płaczące i przeklinające jeśli muszą wstać przed 11) są bardziej przystosowane do nocnego rytmu pracy. c) Nocna zmiana, bez menadżerów i kogokolwiek, kto zwróci ci uwagę, że robisz coś za wolno lub źle... dopowiedz sobie resztę. Ileż ja się naczytałam o powikłaniach zdrowotnych, zegarach biologicznych, rakach powodowanych nocną zmianą (kocham cię, Internecie) i przeróżnych, nie powiem, skąd wyjętych cuda wiankach. Stwierdziłam, że skoro to MNIE dano szansę, to chętnie skorzystam...